czwartek, 25 sierpnia 2016

My, ekshibicjoniści XXI wieku

 Dzień rozpoczynamy od przejrzenia facebooka. Przedzieramy się przez gąszcz zdjęć, smutnych opisów i dokładnie wiemy co się działo - Aśka zerwała z Mateuszem, a przecież planowali ślub. Kuba wylądował w szpitalu, a Paulina w końcu wie, że będzie mamą chłopczyka. Potem robimy krótką przebieżkę po instagramie, gdzie witają nas zdjęcia śniadań mistrzów, luksusowych hoteli i zmęczonych, ale uśmiechniętych twarzy fit dziewczyn. Jeszcze tylko snap, na którym relacja z wczorajszej imprezy i można wstać. Do porannej kawy puścimy sobie nowego vloga ulubionego youtubera, który zabierze nas ze sobą do toalety, a następnie przeczytamy wywiad ze znaną celebrytką, z którego dowiemy się ile razy dziennie kocha się ze swoim facetem.



 Sama lubię czasem dać znać co u mnie. Jeśli cieszę się z jakiegoś zakupu, prezentu, wyjazdu, itd., to pewnie po jakimś czasie wzmianka o tym pojawi się w internecie. Jak kiedyś wspominałam, miałam też taki okres, gdy wręcz nagminnie opisywałam co u mnie - nawet to, co niekoniecznie powinno być publicznie ogłaszane. Ale dziś jestem trochę starsza i doskonale wiem, że to było głupie. Nie zmieniam statusu związku na fejsie za każdym razem gdy z kimś się zwiążę bądź rozstanę. Nie dokumentuję każdego mojego treningu, a już naprawdę rzadko zdarza mi się napisać coś o moim humorze w jakimkolwiek miejscu, do którego dostęp mają wszyscy. I to nie jest tak, że każdy, kto robi którąkolwiek z tych rzeczy jest w moich oczach niepoważny, bo naprawdę nie. Ja tylko nie toleruję braku kontroli i ekshibicjonizmu emocjonalnego, jeśli nie zamyka się on wśród najbliższych. Spójrzcie na to tak - przecież śmieszne są wyrzuty, że wszyscy plotkują o naszym życiu prywatnym. Może nie jest to najwłaściwsze, ale każdy z nas to robi. Oczywiście, jestem w stanie zrozumieć rozgoryczenie osób, które strzegą swojej prywatności. Za to nie mogę znaleźć rozwiązania zagadki - dlaczego oburzają się o to ci, którzy namiętnie dzielą się z całym światem każdą chwilą, każdym sekretem? To po prostu nie ma sensu. Jeśli decyduję się coś upublicznić, zdaję sobie sprawę z tego, że nagle nie jest to tylko moje. Informacja należy teraz do każdego, do kogo dotrze. Tak już będzie, że jeden przejdzie obok niej obojętnie, a drugi ją wykorzysta. O samej plotce napiszę innym razem, ale sens jest taki, że im więcej daję komuś wiadomości, tym większe prawdopodobieństwo, że potem usłyszę o sobie z wielu stron.

 Nie o  plotkowanie mi jednak chodzi, a o sam fakt obnoszenia się z dosłownie wszystkim. Relacjonowanie przebiegu całego dnia jest całkiem fajnym pomysłem, jeśli dotyczy osoby, która ma coś do pokazania. Raz na jakiś czas. Ale nie w przypadku zwykłego Kowalskiego i nie codziennie. Mało kogo tak naprawdę obchodzi też życie uczuciowe wszystkich znajomych. Co więcej, jestem wręcz pewna, że jakoś lepiej by nam się żyło, gdybyśmy nie wiedzieli o każdej kłótni zakochanych albo, co gorsza, o tym które kocha bardziej. Pierwsza kupka małej księżniczka to na pewno duże wydarzenie, ale błagam - dla tych, którzy jeszcze nie mają swoich dzieci, nie jest to coś ekscytującego, a ci będący rodzicami widzieli tego aż za dużo. Każdy z nas ma swoje życie i czasem odczuwa potrzebę podzielenia się czymś - to zrozumiałe. Tylko czy nie lepiej zwrócić się do przyjaciela/mamy/współlokatora/sąsiadki? Ktoś nam bliski na pewno lepiej zrozumie dlaczego coś nas tak cieszy bądź rani. Może doradzić, wesprzeć - zrobi cokolwiek, gdy te 300 czy 500 osób na facebooku nie bardzo wie jak się ma ustosunkować do naszych problemów. Nie wspominając już o tym, że przez takie działania stajemy się doskonałym celem dla wszystkich tych, którzy nie darzą nas sympatią. I co by nie mówić, to chyba trochę krępujące iść na piwo ze znajomymi i dowiedzieć się, że wszyscy już wiedzą dlaczego znowu nie wyszło z facetem, który miał być na zawsze. Kontrola - naprawdę lepiej mieć ten luksus w postaci odrobiny przestrzeni dla siebie. Nie każdy musi znać nasze słabości.
 W tym wszystkim jest jeszcze jedna rzecz. Naprawdę jesteśmy ekshibicjonistami, ale nietypowymi. Pan, który biega po parku jedynie w płaszczu, ma kontakt twarzą w twarz z napotkanymi osobami. A my? My bardzo chętnie się odsłaniamy, ale nie na żywo. Łatwo nam pisać o miłości przez internet, ale gdy spotkamy się na ulicy, ta niesamowita więź, o której tyle mówimy, jakoś nie daje o sobie znać. Chętnie opisujemy swoje perypetie na blogach, na tablicach, chociaż najlepszemu przyjacielowi nie potrafimy powiedzieć o tym co nas boli. Więcej deklaracji, różnego typu, przeczytałam niż usłyszałam. Nie obwiniam nas. Kontakt z drugim człowiekiem jest trudny, a oczy mają w sobie dziwną moc, która potrafi nas zawstydzić. Dlatego łatwiej jest się odkryć przed grupą ludzi, o których wiemy, że albo nic ich nie obchodzi to, co czujemy, albo obchodzi, tylko nie musimy widzieć ich reakcji. Mimo że rozumiem, nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że jesteśmy przez to upośledzeni. Mamy doskonałe narzędzia do tego, by otworzyć się bez kontaktu, ale na każdym kroku nas to ograbia. Z odwagi. Godności. Ostatecznie radości i szczęścia. Nie umiemy patrzeć sobie w oczy. Nasze palce wyrażają to, czego nie mówią usta. Żebyśmy chociaż robili to w taki sposób, jak artyści, ale i to nam nie wychodzi.

Jesteśmy ofiarami technologii. Braku zaufania. Mody na obnażanie. My, ekshibicjoniści XXI wieku.

 
źródło: https://pixabay.com

2 komentarze: