Uwielbiam radzić. Jeśli ktoś zwraca się do mnie z problemem i chce usłyszeć co o tym myślę, czuję się doceniona. Ważna. Idę o zakład, że nie tylko ja tak mam. I pewnie nie jestem jedyną osobą, u której sprawdza się prawda stara jak świat - lepiej pomagam innym, niż sama postępuję. Czuję, że dla pewnej grupy osób jestem kimś w rodzaju przyjaciela. Zawsze staram się ich nie zawieść, dlatego zanim się odezwę, starannie myślę o tym, co faktycznie powinnam powiedzieć, doradzić. Ale wiecie co? Cieszę się, gdy potem te osoby postępują zupełnie inaczej.
Sama mam garstkę osób, do których mogę zwrócić się z absolutnie wszystkim. Problemami sercowymi, zdrowotnymi, żalem po zostawieniu w sklepie cudownej kiecki czy radością z wygrania biletu do kina. Ufam im i liczę na to, że oni ufają mi. Mogę, bez wahania, stwierdzić, że to dzięki nim przeszłam przez te trudniejsze sytuacje silna i pełna optymizmu. A skoro popełniłam mnóstwo głupot, a moi przyjaciele są wciąż dla mnie, to naprawdę jestem szczęściarą. Mam jednak jedną zasadę - to wszystko, co od nich usłyszę, przepuszczam przez sito. Nie dlatego, że nie wierzę w ich dobre intencje, bo co jak co, ale że życzą mi jak najlepiej jest dla mnie oczywiste. Również nie dlatego, że jestem niewdzięczna - codziennie o nich myślę z radością i nawet nie chcę myśleć co by było, gdyby nie oni. Powodem nie jest też mój upór - choć prawdą jest, że zawsze wolałam zrobić coś sama, niż polegać na innych. Tak naprawdę, analizuję każdą radę właśnie ze względu na naszą relację. Bo gdybym tego nie robiła, kiedyś wszyscy moglibyśmy się, kolokwialnie mówiąc, przejechać.
Chyba każdy był w takiej sytuacji, gdy sam nie wiedział co powinien zrobić. Jakkolwiek byśmy nie postąpili, byłoby to trudne i bolesne. To naturalne, że w takiej chwili człowiek zwraca się do bliskich. Ich zdanie jest dla nas ważne, a kto wie - może będą potrafili spojrzeć na wszystko tak, jak my nigdy byśmy tego nie zrobili. Oni słuchają. Analizują. W końcu wyrażają opinię. I nagle, gdy słyszymy, co ich zdaniem powininniśmy zrobić, okazuje się, że wcale tak nie chcemy - to drugie wyjście jest w naszych oczach lepsze. Jeśli chodzi o te faktycznie istotne sprawy, sama miałam tak dwa razy. Paradoksalnie, odrzucając rady przyjaciół, to właśnie oni pomogli mi podjąć te decyzje. Można to przyrównać do rozstrzygającego rzutu monetą - tak naprawdę nie chcesz zdać się na los, tudzież opinię innych. To moment, w którym uświadamiasz sobie, że liczysz na orła. Konsekwencje były jakie były, ale z ręką na sercu mogę powiedzieć, że niczego nie żałuję. Bliscy jakoś też są nadal przy mnie i nie zauważyłam, by mieli do mnie pretensje za to, że zrobiłam po swojemu. I nie jest tak, że każda rada przyjaciela jest zła. Jeśli jesteś w związku z osobą, która każdego dnia znęcałaby się nad Tobą, to byłbyś idiotą, gdybyś w takiej relacji trwał, mimo że wszyscy mówiliby o konieczności powiedzenia "stop". Gdy słyszysz, że nie warto kupować bluzki w rozmiarze 36, bo widać Ci wszystkie wałeczki na brzuchu, to serio posłuchaj głosu rozsądku. Jest milion sytuacji, w których potrzebujemy trzeźwego osądu kogoś, kto nie jest bezpośrednio zaplątany w pewne kwestie. Nie możemy sami poradzić sobie ze wszystkim, a wkład przyjaciół jest wtedy nieoceniony. Tyle, że... Sami musimy przeżyć swoje życie. Sami powinniśmy podejmować decyzje i brać na siebie ich skutki. Każdy ma swój bagaż doświadczeń i powody, by myśleć w dany sposób, ale tak, jak pisała Szymborska, nic dwa razy się nie zdarza i nie zdarzy. To, że podobne przeżycia ma najlepsza przyjaciółka, nie znaczy, że takie samo rozwiązanie Tobie wyjdzie na dobre. Jasne - możesz z niego skorzystać i sam się przekonać. Ale możesz też posłuchać siebie. To jak w reklamie pewnego banku - chcesz wyjechać w jakieś egzotyczne miejsce, ale wszyscy powtarzają Ci, że to niedorzeczne, powinieneś sobie odpuścić, itd. Od Ciebie zależy czy ich posłuchasz, czy może podejmiesz ryzyko. I chyba ostatnie, czego powinieneś się obawiać, to reakcja najbliższych - ich plan na życie nie musi być dla Ciebie odpowiedni i na pewno to zrozumieją. A czy nie lepiej żyć według własnego scenariusza niż bezrefleksyjnie kopiować czyjś? Tak samo jest w drugą stronę - jeśli udzielasz komuś rad, nie oczekuj, że ktoś się do nich zastosuje. Człowiek jest uprzywilejowany, bo ma wolną wolę. Nasze podpowiedzi, choćby najlepsze i najszczersze, nie muszą być wykorzystane.
Jest w nas coś takiego, że bardzo chętne obarczamy winą za swoje przewinienia innych. Może nie tak zupełnie zrzucając cały ciężar odpowiedzialności na drugą osobę, ale już oskarżyć kogoś o głupi pomysł jest nam łatwiej. Mogę się tylko domyślać jakbym zareagowała, gdyby rada mojej przyjaciółki okazała się zła i musiałabym sama mierzyć się z jej konsekwencjami. Jasne - wiem, że każdy podejmuje swoje decyzje i nikt nie zmusza nas do tego, by słuchać innych. Wiem, że jeśli stosuję się do porad innych, to na własną odpowiedzialność. Ale spójrzcie - czy nie czulibyście choć trochę złości, gdyby coś poszło nie tak? Gdybyście zaufali bliskiej Wam osobie, a ona, zupełnie nieświadomie, przydała więcej problemów? Pal licho, gdyby sprawa nie była poważna, ale jeśli chodziłoby o miłość, ważny awans czy nawet czyjeś życie - naprawdę nie zrzucalibyście części winy na radzącego? Właśnie dlatego tak ostrożnie podchodzę do rad przyjaciół. Bo każdy mój wybór powinien być naprawdę mój. Nie chciałabym za kilka lat czuć żalu do najbliższej mi osoby tylko dlatego, że jej posłuchałam - a pewnie tak by było, gdybym ślepo podążała za tym, co mi powie, bez żadnej refleksji.
Co by nie powiedzieć, życie bez przyjaźni nie jest życiem udanym. I nie
chodzi o to, by każdy znajomy zaraz okazywał się najlepszym
przyjacielem, ale świadomość faktu, że obok jest jedna czy kilka osób
bardzo ważnych, dodaje energii, pewności siebie i sprawia, że łatwiej
znosi się trudy codzienności. Ich wsparcie w trudnych chwilach, radość,
gdy u nas dzieje się dobrze - to wszystko jest nam potrzebne jak tlen. W
gorszych momentach za ich rady dalibyśmy się pokroić. Ale nie zawsze
warto się do nich stosować, bo niekiedy nasze życie stanie się przez to
jeszcze cięższe.

Zaskakuje mnie, jak bardzo mam podobne zdanie na każdy, opisany przez Ciebie, temat. Masz wielki talent ubrania w słowa tego, czego ja nie potrafię sprecyzować!
OdpowiedzUsuńPo pierwsze - jakkolwiek by to nie zabrzmiało, naprawdę sądzę, że to życiowe doświadczenia decydują o tym, jak postrzegamy rzeczywistość. Może mamy podobne przeżycia na koncie :)
UsuńPo drugie - to dla mnie wiele znaczy, dziękuję Ci bardzo!
;)
Usuń